niedziela, 9 września 2018

Miłość, która słono mnie kosztowała

12:54 0


    Od podjęcia tej decyzji minęło już jakieś 7 miesięcy. Na początku sama chyba nie dowierzałam, że wszystko potoczy się tak szybko. Moja rodzina także była w szoku. Co prawda wszyscy członkowie rodziny doskonale wiedzieli, że coś zaczyna we mnie pękać, nie podejrzewali jednak, że rzeczywiście ośmielę się na ten krok. Ale stało się. Ponad pół roku temu, po pewnym niewinnym spotkaniu przy winie, wróciłam do domu obwieszczając wszem i wobec, że pod koniec września lecę do Londynu. Na tydzień. Tak, przelew za bilety lotnicze poszedł jakąś godzinę temu. I nie, nie wiem jeszcze, gdzie będę spać. 

     W domu wybuchnęła panika. "Ale jak to?", pytała zatroskana mama, "Same? Nie boicie się?". Po moim stanowczym zaprzeczeniu głową brzemię dalszej rozmowy postanowiła przejąć babcia "A nie można jeszcze odwołać tego wyjazdu? Jest jeszcze pół roku. Na pewno da się to odsprzedać czy coś....". Do akcji ratunkowej włączył się także tata proponując mi, że kolejny raz obejrzy ze mną "Uprowadzoną". Wyjazdu odwołać nie można, bo i zrobić tego nie chcę. O wyjeździe do Londynu marzyłam od czasów gimnazjum. Moja najlepsza przyjaciółka doskonale wiedziała, że na punkcie Anglii mam kota. Pod koniec szkoły pisałyśmy nawet projekt o tradycjach w Wielkiej Brytanii. Choć okazji ku zwiedzeniu stolicy Anglii było wiele, z żadnej z nich nie skorzystałam, bo zawsze moim problemem były fundusze. Tym razem będzie inaczej. Na wyjazd zarobię sama. Patrzę w róg monitora. Małe cyferki układają się w datę "08.09.2018". Kiedy ostatni raz na nie zerkałam, były jakieś inne... Przeleciał lipiec, sierpień. Nie wiedziałabym nawet, że jest już wrzesień, gdyby nie armie dzieciaków maszerujące w stronę szkoły, przygarbione pod ciężarem sprzętu bojowego. Choć odpoczęłam od zajęć związanych z życiem studenta, na pewno nie odpoczęłam od pracy. I tutaj śmiało możemy przejść do stwierdzenia, że miłość do wyspiarskiego kraju słono mnie kosztuje. 

    Tradycyjne brytyjskie śniadanie? Niecałe 50 zł. Wstęp na London Eye? Musisz liczyć się z kosztem ponad 100 zł. A może wypad na małe piwo? 20 zł. Zakochałam się (a może to tylko zauroczenie?) w najdroższej stolicy świata. Jak przetrwać aż 10 dni i nie umrzeć z głodu? Odpowiedź brzmi: Pracować całe wakacje! i.... ruszyć głową :) 

PRZELOT I NOCLEG

        Najpierw kilka spraw formalnych. Na biletach lotniczych nie udało się nam zaoszczędzić w ogóle, bo za bilet w dwie strony płacimy 600 zł. Znajomy podpowiedział mi, że najtańsze bilety lotnicze w tym kierunku możecie załatwić miesiąc przed wylotem. Nie wiem, nie sprawdzałam. Jeszcze jedna ważna rzecz! Przy zakupie biletów lotniczych pamiętajcie, że do kwietnia 2019 roku do Londynu możecie polecieć wyłącznie z dowodem osobistym. Jeśli jednak swój wyjazd planujecie po tym terminie, upewnijcie się, że macie aktualny paszport. I jeszcze jedna rzecz - koniecznie załatwcie sobie kartę EQUZ (Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego). Więcej informacji o tym, jak ją wyrobić znajdziecie TU.  to udało nam się trochę zaoszczędzić na noclegu. Będziemy spać w wynajętym domu i za 10 dni zapłacimy 800 zł. W TYM MIEJSCU POZWOLĘ SOBIE NA ABSOLUTNIE WAŻNĄ DYGRESJĘ! Przy wyborze miejsca zakwaterowania koniecznie sprawdźcie, w której strefie Londynu się ono znajduje i jak daleko macie do linii metra. Im bliżej strefy pierwszej tym tańsze bilety na przejazdy komunikacją miejską! Możecie na przykład znaleźć tanie mieszkanie w strefie 4 lub 5, ale wydać drugie tyle na przejazdy. Pytanie, czy się to opłaca, zostawiam wam. 


ZWIEDZANIE I TRANSPORT MIEJSKI

                 Jeśli chodzi o zwiedzanie, Londyn pod tym względem szeroko otwiera ramiona ku turystom. Wszystkie parki i muzea narodowe można zwiedzić tutaj za darmo. Pozwólcie, że wymienię tylko kilka darmowych atrakcji (resztę możecie znaleźć wpisują w przeglądarkę odpowiednie słowa): Muzeum Historii Naturalnej, Galeria Narodowa, British Museum, Hyde Park czy przejście Abbey Road, na którym powstała kultowa okładka zespołu the Beatles. To jednak nie koniec! Jeśli trochę się pogłówkuje, na najbardziej popularne płatne atrakcje można zdobyć dwa bilety w cenie jednego! A do tego znacznie oszczędzić koszty za przejazdy metrem, koleją i słynnymi, dwupiętrowymi, londyńskimi busami. Już tłumaczę. 

            Londyn to ogromne miasto i na własnych nogach nie starczyłoby nam 10 dni żeby móc je całe zwiedzić. Jednak ceny za pojedyncze przejazdy liniami metra są na tyle drogie, że jedynym rozwiązaniem, które nam pozostaje (zakładając że będziemy przemieszczać się częściej niż dwa razy dziennie) jest zakup biletu terminowego. Z tego, co zdążyłam się zorientować, są ich dwa rodzaje. Oyster Card i Travelcard. Jeśli swój bilet kupicie na stacji kolei brytyjskich National Rail, otrzymacie zniżkę upoważniającą was do zakupu 2 biletów w cenie 1. Lista atrakcji objętych promocją znajduje się TU. Zaliczamy do nich między innymi Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds, London Eye czy londyńskie zoo.

UWAGA UWAGA! Przez najbliższe 3 lata Big Ben będzie w remoncie ! 
WYŻYWIENIE

             Jeśli chodzi o wyżywienie, to tutaj spektakularnych zniżek nie będzie, jednak możecie skorzystać z kilku rozwiązań. Po pierwsze, zabierzcie coś z domu (konserwy, zupki chińskie). Po drugie - gotujcie sami, a zakupy spożywcze róbcie w sieciach takich jak np. Lidl i to najlepiej wieczorem, przed zamknięciem, kiedy towar jest przeceniany czasem nawet o połowę. Po trzecie, jeśli chcecie iść do restauracji czy kawiarni, koniecznie wejdźcie na stronę brytyjskego grouponu! Może uda wam się znaleźć jakieś ciekawe zniżki. Po czwarte - najbardziej przydatne chyba dla kawoszy - zaopatrzcie się w termos i kawę/herbatę róbcie na miejscu w hotelu, by nie wydawać kroci na mieście. Rozważałam także opcję zakupu butelki z wkładem filtrującym aby zaoszczędzić na kupowaniu wody na mieście jednak zdecydowałam się na termos, bo Londyn będziemy zwiedzać wraz z nadejściem jesieni, i coś ciepłego do picia na pewno bardziej mi się przyda. 

              Ostatnie pytanie - czy się boję? Czy samolot nie spadnie? Czy terroryści nas nie zaatakują? Czy ktoś nas nie okradnie? Czy nie zawali się pod nami most, czy nie wpadnę to Tamizy, czy nie skręcę nogi, czy nie poleję się tam wrzątkiem... Odpowiedź na wszystkie pytania brzmi: nie wiem. Nie wiem równie dobrze tego, czy w Polsce, gdy wyjdę z domu, albo nawet gdy w nim zostanę, nie przydarzy mi się coś złego. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, by ryzykować życie i robić rzeczy nieodpowiedzialne.  Londyn to wciąż jedna z niebezpieczniejszych stolic w Europie, a na oficjalnej stronie brytyjskiej policji wciąż widnieje ostrzeżenie o atakach terrorystycznych. Jednak tysiące osób nie mają wyboru i muszą tam żyć, normalnie funkcjonować. Miliony turystów rocznie postanawiają stolicę UK odwiedzić. Ostrożność jest ważna. Na świadome niebezpieczeństwa wystawiają się tylko głupcy. Ale we wszystkim trzeba zachować umiar i zdrowy rozsądek - nie popadać w panikę. Mam nadzieję, że Londyn mnie nie rozczaruje, że wrócę bezpiecznie do domu z solidną porcją nowych materiałów na bloga. Trzymajcie kciuki żeby tak się stało! 


    

wtorek, 4 września 2018

Jak udało mi się zwiedzić Majorkę za darmo

14:38 0



       Koła samochodu suną po brukowanej ulicy, a za oknem śmiga krajobraz, którego zupełnie się tutaj nie spodziewałam. Sosny zamiast palm? Koty wałęsające się po ulicach? Góry i lasy zamiast nadmorskich kurortów? Ciasne uliczki zagracone rowerami zupełnie jak te w Amsterdamie lub w zapamiętanej przeze mnie Florencji? Czy my aby na pewno jesteśmy na Majorce? Jeszcze nie opuściły mnie wrażenia pierwszego w życiu lotu samolotem, a Majorka już bombarduje mnie kolejnymi doświadczeniami. Boli mnie głowa i chce mi się spać, ale wszystko za oknem woła do mnie nucąc hiszpańską pieśń i po chwili już wiem, że mi się tutaj spodoba. 

Działo się to kilka lat temu. Wystarczająco dawno, bym nie umiała w pełni docenić możliwości zwiedzenia jednej z hiszpańskich wysp zupełnie ze darmo. Pamiętam jeszcze oburzenie, z jakim zareagowałam na wieść, że mama zapisała mnie na wymianę. "Ale ja nie umiem angielskiego!" broniłam się, "No i ktoś obcy przyjedzie do naszego domu!".Teraz, pisząc ten post myślę o wykorzystanej szansie, a także o decyzji, która w przyszłości pociągnęła za sobą wiele innych i pomogła mi otworzyć się na świat i nowe doświadczenia. Piszę post, a za oknem krople deszczu uderzając o parapet tworzą nieznaną mi melodię. W takiej aurze trudno jest przypomnieć sobie tamte słoneczne, gorące chwile spędzone na wyspie. Ale wyjazd poza doświadczeniem podarował mi coś jeszcze - momenty, które jak wrak statku na dnie oceanu osiadły mi gdzieś z tyłu głowy. I o tych momentach będzie ten wpis. 


#Moment Pierwszy. Takiej Majorki się nie spodziewałam. 
...Ledwo przyjechaliśmy na wyspę, a już jedziemy ją zwiedzać. Zdążyłam jedynie zmienić ubranie, wziąć prysznic i położyć walizkę w pokoju który przez najbliższy tydzień będzie moim domem. Siedzę w samochodzie, odwzajemniam uśmiechy uśmiechem i zastanawiam się, o czym rozmawiają pozostałe osoby. Język hiszpański jest rwący jak górska rzeka, a jednocześnie roztańczony i melodyjny. Myślę "Jak to jest na chwilę zupełnie zapomnieć języka polskiego i słuchać rozmów w nim prowadzonych? Jak brzmimy dla obcokrajowców?". Wysiadka. Spacerujemy teraz wąskimi, brukowabymi uliczkami. Co chwila jakiś kot przebiegnie nam przez drogę, ale tutaj nikt nie poczytuje tego za zły znak. Jechaliśmy tu przez mniejsze i większe serpentyny okalające małe, porośnięte lasami wzniesienia. Cicha, spokojna i klimatyczna wioska gdzieś w sercu wyspy tworzy niezapomniany kontrast z tętniącą życiem, rozświetloną neonami stolicą - Palmą de Mallorca. Okazuje się, że wyspa ma wiele twarzy. Ja polubiłam tę drugą. Przyjemne ciepło muska nam twarze, ale żar nie leje się z nieba. Gdy tak spacerujemy ciasnymi chodnikami mijamy stragany ze świeżymi owocami, kolorowe kwiaty w donicach, okna zasłonięte persjanami i latarnie. Idziemy dalej i dalej i jest już tutaj całkiem swojsko. W pobliskim strumieniu starsza wiekiem Hiszpanka robi pranie, a po jego drugiej stronie koty piją wodę. Zrywamy pomarańcze  prosto z drzew które rosną tu tak jak w Polsce jabłonie. Nasi znajomi z Hiszpanii zrobili nam niespodziankę i zabrali nas do przytulnej kafejki w centrum tego zatrzymanego w czasie miejsca. Pijemy gorącą czekoladę i zajadamy się UWAGA drożdżówką na słodko z ziemniakami w środku. Ponoć to tradycyjny przysmak. I tak nasz pierwszy wieczór pachnący kakao dobiega już końca. 



#Moment drugi. Życie na Majorce nie należy do najłatwiejszych. 

Dziewczyna u której mieszkam, Cristina, nie pochodzi stąd. Jest Rumunką i razem z rodziną wyjechała na Majorkę w poszukiwaniu swojej własnej Ameryki. Jej rodzina żyła w biedzie i przekonaniu, że za granicą będzie im się żyło lepiej - opowiada, sącząc gazowany napój z puszki. Siedzimy na dachu domu (dachy domów w stolicy są w większości płaskie) i wygrzewamy się w promieniach hiszpańskiego słońca. Ja marzyłam o Majorce jako o idealnym miejscu na wakacje. Ona - jako o miejscu, w którym rozpocznie inne życie. Kiedy mówię, że mogłabym tu zamieszkać, ona śmieje się. "Tu nie jest tak, jak się wam wydaje." Na Majorce mieszkają już wystarczająco długo by zrozumieć, że ich hiszpański sen o lepszym życiu nie spełni się. Owszem, jest ich stać na podstawowe potrzeby, na to by raz w roku odwiedzić rodzinę, na to by odłożyć jakieś grosze, które w Rumunii mają wielką wartość. Ale Cristina obawia się, że sytuacja ekonomiczna Hiszpanii wkrótce zmusi ich do powrotu lub dalszej emigracji. Właściwie tylko jedna osoba, którą poznaliśmy jest Hiszpanem z krwi i kości - Maxim. Pozostałe osoby, tak jak na przykład Nicolas, pochodzą z Kolumbii. I wszyscy z nich na codzień posługują się językiem katalońskim. Zdziwilibyście się, ile jest tutaj przybyszy z innych krajów mieszkających na stałę. 


#Moment trzeci. Majorka ma swoją dzielnicę niemiecką! 
Jeśli o obcokrajowców chodzi... Zagadani, roześmiani, chłonąc widok Majorki późnym wieczorem idziemy wzdłuż wybrzeża. Piasek przyjemnie łaskocze nam stopy. Tego wieczoru mamy zobaczyć coś specjalnego. Na znajdującej się przy plaży promenadzie trzepocze na wietrze mnóstwo banerów w języku niemieckim. Cristina wyjaśnia, że znajdujemy się na terenie niemieckiej dzielnicy. I po chwili rzeczywiście robi się niemiecko, gdy wchodzimy do baru na piwo. Do największego baru jaki w życiu widziałam. Właśnie rozpoczyna się mecz Realu Madryt z Borussią Dortmund (o ile pamięć mnie nie myli). Bar podzielony jest na dwie "strefy". W jednej siedzą kibice klubu niemieckiego, w drugiej - hiszpańskiego. Nie ma jednak mowy o zamieszkach spowodowanych przez "kiboli". Panuje sportowa, pełna emocji atmosfera. Dopijam swoje piwo, a kolega obok właśnie krzyczy, że jego ulubiona drużyna wbiła gola. Mecz kończy się po północy i o tej porze dane mi jest zobaczyć dogas


#Moment czwarty. Jakim cudem potraficie się w tym kąpać!

Patrzę na stojącego na brzegu Nicolasa i chce mi się śmiać. Nie dam sobie uciąć ręki, bo jestem za daleko, ale chyba na nasz widok przechodzą mu ciarki po całym ciele. Z daleka tylko krzyczy "Jesteście szaleni! Jest przecież kwiecień!". Tymczasem woda w zatoce jest cieplejsza niż latem w naszym morzu. W strojach kąpielowych taplamy się w "lodowatej" wodzie, a Hiszpanie nie mogąc się nadziwić tej przekomicznej dla nich scenie, siedzą na brzegu i co chwila któreś z nich wybucha śmiechem. Naprawdę ich polubiłam. Do portu Soller dojechaliśmy drewnianym pociągiem. Gdy już nacieszymy się wodą, mokrzy idziemy się przejść. Spacerujemy wzdłuż zatoki, widzimy zacumowane na brzegu statki. Idziemy kamiennymi schodami w górę. Rozlega się coraz głośniejszy krzyk mew, kilka z nich zatacza nad naszymi głowami koła. I wreszcie dociera do nas inny odgłos - odbijających się od skał fal. Stoimy w jednym z punktów widokowych, z którego rozlega się przepiękny widok na Morze Śródziemne i porastające skały rośliny. 


#Moment piąty. Katedra.

W programie każdej wymiany znajduje się miejsce na zwiedzanie najważniejszych zabytków regionu. I w programie naszej wymiany nie mogło tego zabraknąć. Stoimy właśnie przed - jak zapewnia nas przewodnik - jedną z najwyższych katedr gotyckich Wieków Średnich. Gdy stoję z zewnątrz nie potrafię się nią zachwycać. Po głowie krążą mi słowa opiekuna grupy który mówi, jak wiele osób zginęło podczas budowy takich obiektów. Jednak kiedy wchodzę do środka nagle czuję się taka mała. Ogrom budowli, podniosła muzyka organów, blask świec i witraży robią na mnie tak niesamowite wrażenie, że pamiętam je jeszcze wiele lat później. Przechadzając się marmurowymi posadzkami oczami wyobraźni widzę skruszonych wiernych sprzed setek lat, przerażonych zapewnieniami biskupa o ogniu piekielnym, jak zasiadają na ławach, obezwładnieni dostojeństwem, bogactwem i potęgą budowli, jeszcze bardziej żałujący swoich grzechów i jeszcze bardziej oddaleni od potężnego, surowego jak strzeliste wieże katedry Boga. 

Samolot podchodzi do lądowania na lotnisku w Warszawie. Przede mną długa podróż do domu. Z głośników pada komunikat o fatalnej pogodzie na zewnątrz. Słucham go zerkając na moje nagie nogi - na sobie mam koszulkę na ramiączkach, spodenki i sandały. Nie chciało mi się wierzyć że Tam pogoda zmieni się diametralnie. Patrzę przez okno po którym spływają krople deszczu i widzę jak ludzie zarzucają na głowę kurtki i spieszą w stronę budynku. Wymiana dobiegła końca. W głowie przewijają mi się tysiące obrazów, a pośród nich najbardziej obiecujący jest jeden. "Jeszcze się zobaczymy! Musimy się spotkać!" woła przez łzy Cristina. Uśmiecham się na myśl, że mam do kogo wracać. 

Niekochane

14:17 0


Ten post będzie inny niż reszta. Jak możecie zauważyć, mój blog stał się ostatnio jakiś taki melancholijny, wzięło mnie na wspominki i rozgrzebywanie pewnych spraw. Może to jesień? Może dopadła mnie chandra? A może to zmiana niezależna od czynników zewnętrznych i po kilku nawałnicach, jakie ostatnio siały spustoszenie w mojej głowie zmieniło się coś w środku mnie? A jeśli tak jest, to zmieni się także blog i treść publikowanych postów. Zostanie Wielka Brytania, zostaną recenzje filmowe i podróże. Będzie więcej mnie, przemyśleń i sztuki. Dzisiejszy na przykład poświęcony będzie poezji - poezji wyprodukowanej moimi własnymi uderzającymi o klawiaturę palcami. 
   
                                                   ~ ~ ~

"Niekochani"

Potłuczone lustro 
odeszło zapomniane, 
stanęło w kącie. 
Z popękanej tafli nie skorzysta nikt. 
Z okruchów szkła szarego, 
witraże wielkie, barwne nie powstaną. 
Przestało odbijać ludzką twarz. 

Pogniecione przez dłonie, 
Podeptane przez stopy, 
Podpalone kartki. 
Tęskno im do tych samych dłoni, 
do bólu ukłucia pióra na tych samych stronach. 
Do czasów, gdy były. 
Przestały czuć zapach atramentu. 

Więdnące kwiaty oczekują deszczu od lat
wciąż żyją. 
Sucha ziemia podrażnia ich spierzchniete stopy. 
Długie i chude, zagubione gdzieś u dołu. 
Przestały czuć dotyk motylego skrzydła. 

Dokądże mają iść? 
Odchodzą już, idą, wleką się, 
Zgromadzeni. 

Może kiedyś, gdzieś, ktoś. 
Pokocha niekochanych.
Odnajdzie utraconych. 
Ludzi. 

 ~ ~ ~


wtorek, 28 sierpnia 2018

Post o zapachu herbaty z imbirem, jarzębiny i suszonych liści

05:32 0



Jest 28 sierpnia. Wychodzę z domu i od momentu przejścia przez próg nie może uciec ode mnie poczucie, że coś mnie ściga. I może potraktowałabym tę sprawę błaho, ale zdaje się że nie tylko ja mam takie wrażenie. Mijający mnie po drodze przechodnie jacyś tacy przygarbieni, poskurczani, z rękami wsuniętymi do kieszeni, ze zwieszoną miną i niedbale zarzuconymi na ramiona rozpinanymi swetrami. Co rusz ktoś spogląda niepewnie zza ramienia na niebo i przyspiesza kroku.  Coś mi nie gra. Zaledwie parę dni temu szli wolniej, mięli czas by przystanąć i zamienić kilka słów z sąsiadem. A dziś? Ta miła starsza pani mieszkająca kilka domów za mną niecierpliwie szarpie swojego psa za smycz nie pozwalając mu obwąhać kępki trawy. "No chodź już", napina smycz, "Nic tam nie ma", pies ze zbolałą miną w końcu odpuszcza. Ani się obejrzysz, a słyszysz tylko trzaskanie drzwi samochodów i tych wejściowych do domów. Już nikt nie przystaje, a każdy chce znaleźć się jak najszybciej w ciepłym miejscu, tak że za kilka chwil ulica staje się zupełnie pusta, a asfaltową, parkową uliczką idę już tylko ja i mój pies, oboje dobrze świadomi tego, co ma nadejść.

Jesień. Tak oto moi kochani zbliża się najbardziej znienawidzona, pogardzana i najmniej doceniana pora roku. Jesień. Oskarżana o zabójstwo lata i kolaborację z zimą, traktowana przez wielu ludzi jako jedynie etap przejściowy pomiędzy dwiema innymi porami roku. Lubisz jesień? To pewnie przez to, że wciąż jesteś dzieckiem, nie cierpisz na reumatyzm, nie przeziębiasz się i nie musisz palić w piecu.

Wyznaję to otwarcie i bez bicia: gdy czuję, jak noc powoli kradnie blask słońca, dni skracają się, na ulicach czuć zapach dymu z kominów, ludzie ubierają ciepłe, grubiej tkane swetry, rąbią drewno na opał, a pod stopami kruszą się liście wszystkie moje naczynka włosowate wyczekują momentu, gdy nie będę mieć już żadnej wątpliwości i zerwę z kalendarza ostatnią kartkę lata.

Jesień. Najbardziej kolorowa pora roku. Fiolet dojrzałych śliwek i astrów, pomarańcz i czerwień opadających zwiewnie liści, zieleń tych które jeszcze kurczowo trzymają się gałęzi. Brązy kasztanów, żołędzi, kory drewna, ciemno granatowa tafla jeziora, szarość mgły. Wypłowiałe twarze ludzi a zarazem ich czerwone od chłodu nosy.

Jesień. Zapach rozmokłych liści i deszczu. Aromat rozgrzewającej herbaty, kawy, grzanego wina. Jesień - czas nagle zwalnia, robi się klimatycznie i nostalgicznie. I wreszcie deszczowy listopad, gdy zza okna możesz z książką na kolanach i kubkiem kawy w ręce spoglądać na mokre od deszczu ulice.

Piszę ten post czując na sobie oddech biegnącej za moimi plecami jesieni. Może jakoś przyspieszy on jej wizytę? A tymczasem pozwólcie, że zostawię was z jednym z najpiękniejszych wierszy na jej temat. 

O jesieni, jesieni

Niech się wszystko odnowi, odmieni....
O jesieni, jesieni, jesieni .....
Niech się nocą do głębi przeźrocza
nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nie odstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni.
O jesieni!... jesieni! ... jesieni!

Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
i jak trzcinę w objęciu łamało!
Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę
już się tyle rozprysło wędzideł ...
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę!
Niech się wszystko odnowi, odmieni! ...
O jesieni! ... jesieni! ... jesieni.
Iłłakowiczówna Kazimiera 




czwartek, 23 sierpnia 2018

Od kiedy pamiętam cały czas biegnę

13:34 0

Wciąż zadziwia mnie natura człowieka. Wiecznie nieszczęśliwy, wiecznie przepracowany i zmęczony, wiecznie na wszystko brakuje mu siły, a jednak potrafi znaleźć jej w sobie takie zasoby, że całe swoje życie zamienia w niekończący się bieg po szczęście. I kiedy już tak przebiegnie wiele mil uświadamia sobie, że wraca tam, skąd wybiegł, a cel, który wydawać by się mogło miał przed oczami, zostawił za sobą. I że po przebiegnięciu całego tego dystansu zostaje mu niewiele czasu na to, by rozsiąść się w fotelu i trwać tak przez chwilę. 

Moja ucieczka trwająca nieprzerwanie aż dotąd zaczęła się niewinnie, od pierwszego zauroczenia.    W pierwszej klasie gimnazjum odkryłam ADELE i bardzo chciałam wiedzieć, o czym właściwie śpiewa. Gdy już dowiedziałam się, że "Hometown Glory" opowiada o Londynie i wczułam się w klimat piosenki stwierdziłam, że kiedyś tam zamieszkam. Wyobrażałam sobie siebie, krzątającą się po przytulnym mieszkaniu na poddaszu, schodzącą w piżamie na ulicę po bułki i kawę. Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak siedzę w jakiejś kafejce i słucham cichych rozmów prowadzonych w najpiękniejszym języku świata, patrzę na leniwie płynącą Tamizę a czajnik właśnie wydał przenikliwy świst oznaczający, że zaraz dostanę najlepszą kawę pod słońcem. Oczywiście osoby, które wiedzą, jak naprawdę wygląda życie w tej wiecznie pobudzonej, zawsze nieprzewidywalnej, zatłoczonej, multikulturowej metropolii będą czytać te słowa z pobłażliwym uśmiechem na twarzy. Zauroczenie ma jednak to do siebie, że zawsze widzimy świat takim, jakim chcemy, żeby był i prawie nigdy nie zwracamy uwagi na to, jaki jest naprawdę. Tak mocno trzymamy się wykreowanego w naszym umyśle obrazu, że nie jesteśmy w stanie uwierzyć już w nic innego. Tak też było i w tym przypadku. Od tamtego czasu z tych wyobrażeń wyrosłam, ale miłość do Anglii nie minęła. 

Wciąż mówiłam sobie - kiedy zamieszkam w Zjednoczonym Królestwie, będę naprawdę szczęśliwa. A jedno takie skojarzenie pociągnęło za sobą szereg innych. Gdy już będę mieszkać Tam, zacznę codziennie rano uprawiać jogging. Będę wstawać wcześniej rano, by porozmyślać nad kubkiem herbaty. Będę więcej spacerować. A może jednak zamieszkam gdzieś nad klifem w Norwegii? Codziennie będę czekać na wschód słońca i wiernie towarzyszyć mu, gdy zachodzi. Każdy oddech będzie sprawiał mi przyjemność, bo powietrze jest tam tak rześkie. I będę więcej przebywać na łonie natury. Będę więcej podróżować. Wreszcie będę żyć tak, jak będę chciała - szczęśliwie. 

Wróćmy na chwilę do zauroczenia -  nie myślcie, że mimo wieku doświadczenia pierwszej miłości należą już do rzeczy minionych. Każdy z nas ulega jego złudnemu urokowi. Ciągle wybiegamy myślami w inne miejsca, do innych osób myśląc, że będzie nam tam lepiej. I wiecie co? Jeśli nie zaczniemy być szczęśliwi w miejscu, w którym obecnie się znajdujemy, nie będziemy szczęśliwi w ogóle. Nasz wewnętrzny leń nie ucieknie. Nagle nam się nie zachce. Nowa osoba u naszego boku nie sprawi, że staniemy się innymi ludźmi. Uciekniemy wreszcie w to miejsce by odkryć, że osoba, jaką jesteśmy wewnątrz wcale się nie zmieniła, a zmieniło się jedynie otoczenie, w jakim przebywa. Szczęście nie ma warunku "jeżeli". Szczęście to trwały stan serca, który musimy sobie wypracować. Ono nie zależy od tego, co posiadamy i gdzie jesteśmy. 

Do mojego upragnionego wyjazdu do Londynu zostało niecałe 30 dni. Z dnia na dzień czuję się coraz bardziej podekscytowana i nie mogę się doczekać momentu, gdy moja stopa pierwszy raz stanie na  angielskiej ziemi - Itace, do której zmierzam od tak dawna. Nauczyłam się jednak, że szczęście muszę w sobie zbudować już teraz. I jeśli je zbuduję, to niezależnie od tego, gdzie rzuci mnie kiedyś życie, będę szczęśliwa. 

Nie czekaj na przeprowadzkę. Spraw, by życie, którym teraz żyjesz po prostu sprawiło Ci radość. 

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Film który złamał mi serce

04:20 0


Czy "Blue Valentine" to film o miłości? Jeśli tak, to na pewno nie tej, do jakiej przyzwyczaiły 
dzisiejszego odbiorcę stereotypy XXI wieku, babskie czytadła czy komedie romantyczne. W tego typu utworach bowiem największym problemem miłości są zdrady, rozstania, powroty "byłych". A co jeśli największym problemem miłości jest po prostu ona sama? A co jeśli relacje międzyludzkie nie mają przeważnie "happy endu" jakiego byśmy oczekiwali? Zapraszam na recenzję "Blue Valentine". 

Choć filmów które obejrzałam nie można liczyć w tysiącach, myślę, że obejrzałam ich już sporo, ale tylko dwa lub trzy wywarły na mnie takie wrażenie jak ten i tylko dwa lub trzy poruszyły jakieś głęboko skrywane uczucia i lęki, skłoniły do rozważań. Z obejrzeniem "Blue Valentine" zwlekałam ponad dwa lata i chyba dobrze się stało. Mam wrażenie że wcześniej nie potrafiłabym go zrozumieć. Z drugiej strony jestem pewna, że za kilkanaście lat wrócę do niego i odbiorę go jeszcze inaczej. 

Cindy (Michelle Williams) i Dean (Ryan Gosling) to dwa zupełnie inne światy. Ona - ambitna studentka medycyny z planami na przyszłość. On - żyjący chwilą, imający się jakiejkolwiek pracy młody chłopak. Ona - ma dość domu pełnego awantur, w którym rodzice nie potrafią się kochać. Jej babcia otwarcie przyznaje, że mąż nigdy nie widział w niej człowieka, a jedynie ciało. Życie w takiej atmosferze wzbudziło w Cindy pragnienie szczerej miłości, ale jednocześnie nauczyło ją, że gdy między dwojgiem ludzi coś zaczyna się psuć, nie warto tego ciągnąć dalej. On - młodo stracił matkę więc walczy o miłość, niezależnie od tego jak ciężkie i bolesne zalicza ona upadki. 



Kiedyś - młodzi, zakochani, z planami, optymistycznie patrzący w przyszłość. Teraz - nie potrafią już na siebie patrzeć, do ich związku wkradły się toksyczne słowa i czyny, a pożądanie już dawno zostało zastąpione zwykłym odruchem warunkowym. Być może degradacja ich uczuć nie byłaby tak bolesna dla widza, gdyby nie scenariusz. Fabuła filmu poprowadzona jest dwutorowo. Każda obietnica i podniosłe uczucie na początku znajomości zostaje brutalnie zderzone z rzeczywistością, jakiej nie spodziewałby się żaden z bohaterów. Aż w końcu scenarzysta wymachuje kartką z napisem "NIE MA MIŁOŚCI" i zderza ze sobą scenę ślubnej przysięgi i niezbyt optymistycznego zakończenia relacji. Ponadto gdy obserwujemy początek ich relacji, na ekranie dominują ciepłe, słoneczne barwy. W późniejszym etapie wraz z rozpadem związku na ekranie pojawiają się barwy chłodne i stonowane.

Reżyser zostawia nas z wieloma pytaniami, a na część z nich nie udziela jednoznacznej odpowiedzi.  Pozwala nam samym wyciągnąć wnioski na podstawie tego, co zobaczyliśmy. Przecież każdy z nas pragnie stworzyć udany związek. Na początku znajomości dajemy sobie uciąć obie ręce, że będziemy z kimś na zawsze. Jak dalece nasz rodzinny dom wpływa na nasze przyszłe relacje? Czy w każdym związku kiedyś ginie miłość? Dlaczego tak się dzieje? Czy można coś zrobić, by to uratować? Po czyjej stronie leży wina?


Na pewno nie przeżywalibyśmy tej historii tak mocno gdyby nie wspaniała gra Michelle Williams i Ryana Goslinga. Oboje świetnie spisali się w granych przez siebie rolach, choć wcale nie mieli łatwego zadania. Każdy dialog wypowiedziany w tym filmie był uzasadniony, lecz nie patetyczny, co sprawiało, że w tę historię naprawdę mogliśmy uwierzyć. Różne "dodatkowe" sceny jak np. rozmowa ze starszym panem w domu spokojnej starości, na pierwszy rzut oka należące jedynie do codzienności i nie powiązane z historią umożliwiają nam głębszą analizę psychologiczną bohaterów. 
A sposób opowiadania relacji potęguje emocje i sprawia, że jeszcze bardziej wczuwamy się w postać bohaterów.  To naprawdę bardzo dobry film. Pytanie jednak, czy jesteś na tyle dojrzały, by go obejrzeć?


Pozdrawiam
Morning Lark 


Gdzie leży wina? 
Myślę, że miłość bohaterów została zbudowana na prawdziwym, choć niedojrzałym jeszcze uczuciu Deana i zwykłej potrzebie stabilizacji Cindy, która mając już 25 partnerów, nigdy nie nauczyła się kochać. Jako ciężarna nastolatka szukała kogoś, kto dałby jej poczucie bezpieczeństwa. Jednak  nie należy winić jej za brak uczuć i chęć uwolnienia się z rozpadającego związku. To dom, w jakim dorastała ukształtował jej spojrzenie na miłość i wywołał lęk na myśl o trwaniu w nieszczęśliwym związku. Poza tym nie chciała by ich córeczka, podobnie jak niegdyś ona, była świadkiem awantur. Możemy postawić sobie jednak pytanie - dlaczego wygasło uczucie pomiędzy bohaterami? Czy to dlatego że nigdy się nie kochali, czy może przez nieodpowiedzialne i lekkie podejście do życia Deana? 

czwartek, 29 marca 2018

Love is a loosing game...

11:44 0

Amy Winehouse to jedna z tych wokalistek, o której nie mogłam nie wspomnieć na moim blogu.  Budząca kontrowersje (który artysta ich nie budzi?) artystka, której styl życia pozostawiał wiele do życzenia miała moim zdaniem do zaoferowania znacznie więcej, niż pozwoliły jej na to wytwórnie płytowe. Bo w gruncie rzeczy z czego ją znamy? Z wysoko upiętych kruczoczarnych włosów, alkoholu, narkotyków i kilku piosenek takich jak "Back to black" czy "Rehab"? Gdyby odrzucić cały ten chłam, który nagromadził się wokół jej osoby przez lata kariery moglibyśmy zobaczyć niezwykle utalentowaną artystkę, prawdziwą jazzową duszę, wrażliwego człowieka nieodpornego na karierę i zaszczyty tego świata. Amy nigdy nie miała zostać sławna, czego z resztą sama nie chciała. W jednym z wywiadów powiedziała, że nie chce sławy, bo ta ją zniszczy. I zniszczyła. 23 lipca 2011 roku zmarła po długiej walce z chorobą alkoholową. 

Amy rozpoczęła swoją karierę w wieku zaledwie 16 lat. Zmagała się z bulimią, rozedmą płuc, ale to ostatnia z chorób była najcięższa - depresja. Nastoletnia Amy próbowała rozładować smutek grając na gitarze i tworząc piosenki i to właśnie tak zrodził się w jej głowie pomysł zajęcia się muzyką na poważnie. Ale Amy nie miała grywać koncertów dla milionów fanów. Amy miała śpiewać jazz i do tej pory koncertować w jazzowym półświatku Anglii, w przytulnych muzycznych klubach, wśród cichego szmeru rozmów. Amy nie miała pisać o narkotykach czy o wyniszczającym ją, nieudanym związku z Blakiem Fielderem. Amy miała wzorować się na jej największych inspiracjach takich jak Tony Bennett. Nie chcę dziś pisać o lansowanych przez ówczesne media utworach, które wspomniałam powyżej. Większość z nich to jakiś nonsens, bowiem zaliczane są do utworów popowych, podczas gdy Winehouse to w R&B, soulu i jazzie czuła się najlepiej. Choć to ona pisała teksty, zupełne inaczej brzmiały na płycie, a inaczej wykonywała je na żywo, jakby chcąc wyzwolić je z popowego brzmienia.  Dziś chcę wspomnieć o jednym, jedynym utworze, w którym pokazała swój talent pisarski, ale także ogromną wrażliwość i z którego nauczymy się, że miłość to ryzykowna gra w pokera. A mowa o "Love is a loosing game"


Utwór ten wybrałam nie jedynie ze względu na to, że po prostu porusza każdym moim neuronem jak struną, wygrywając czasem wbrew mojej woli różne emocje. Użyta tu gra słów - przyrównanie miłości do hazardu wprowadza nam kilka słów związanych z hazardem, które mogą się przydać anglistom.

".... till the chips were down" - dopóki sztony były na stole czyli dopóki było za co grać. 

Chips (pol. sztony) - krążki używane zamiast pieniędzy w kasynach lub grach automatowych, żetony 


"love is a loosing game" - miłość to przegrane rozdanie

"a gambling man" - hazardzista

"a gambling" - hazard

"the final frame" - finałowa rozgrywka


Jeśli zaciekawił was temat i chcielibyście pogłębić swoje słownictwo związane z hazadrem, znalazłam link przekierowujący do strony z różnymi wyrażeniami: KLIK A jeśli chcecie dowiedzieć się, jak brzmieć jak prawdziwy Londyńczyk zapraszam na naukę odmiany "cockney", którą posługiwała się Amy: KLIK.  To już koniec na dziś. Zapraszam do śledzenia bloga i obserwowania fanpage na Facebooku.

Trzymajcie się chłodno!
 Morning Lark