11:44

Love is a loosing game...

Love is a loosing game...

Amy Winehouse to jedna z tych wokalistek, o której nie mogłam nie wspomnieć na moim blogu.  Budząca kontrowersje (który artysta ich nie budzi?) artystka, której styl życia pozostawiał wiele do życzenia miała moim zdaniem do zaoferowania znacznie więcej, niż pozwoliły jej na to wytwórnie płytowe. Bo w gruncie rzeczy z czego ją znamy? Z wysoko upiętych kruczoczarnych włosów, alkoholu, narkotyków i kilku piosenek takich jak "Back to black" czy "Rehab"? Gdyby odrzucić cały ten chłam, który nagromadził się wokół jej osoby przez lata kariery moglibyśmy zobaczyć niezwykle utalentowaną artystkę, prawdziwą jazzową duszę, wrażliwego człowieka nieodpornego na karierę i zaszczyty tego świata. Amy nigdy nie miała zostać sławna, czego z resztą sama nie chciała. W jednym z wywiadów powiedziała, że nie chce sławy, bo ta ją zniszczy. I zniszczyła. 23 lipca 2011 roku zmarła po długiej walce z chorobą alkoholową. 

Amy rozpoczęła swoją karierę w wieku zaledwie 16 lat. Zmagała się z bulimią, rozedmą płuc, ale to ostatnia z chorób była najcięższa - depresja. Nastoletnia Amy próbowała rozładować smutek grając na gitarze i tworząc piosenki i to właśnie tak zrodził się w jej głowie pomysł zajęcia się muzyką na poważnie. Ale Amy nie miała grywać koncertów dla milionów fanów. Amy miała śpiewać jazz i do tej pory koncertować w jazzowym półświatku Anglii, w przytulnych muzycznych klubach, wśród cichego szmeru rozmów. Amy nie miała pisać o narkotykach czy o wyniszczającym ją, nieudanym związku z Blakiem Fielderem. Amy miała wzorować się na jej największych inspiracjach takich jak Tony Bennett. Nie chcę dziś pisać o lansowanych przez ówczesne media utworach, które wspomniałam powyżej. Większość z nich to jakiś nonsens, bowiem zaliczane są do utworów popowych, podczas gdy Winehouse to w R&B, soulu i jazzie czuła się najlepiej. Choć to ona pisała teksty, zupełne inaczej brzmiały na płycie, a inaczej wykonywała je na żywo, jakby chcąc wyzwolić je z popowego brzmienia.  Dziś chcę wspomnieć o jednym, jedynym utworze, w którym pokazała swój talent pisarski, ale także ogromną wrażliwość i z którego nauczymy się, że miłość to ryzykowna gra w pokera. A mowa o "Love is a loosing game"


Utwór ten wybrałam nie jedynie ze względu na to, że po prostu porusza każdym moim neuronem jak struną, wygrywając czasem wbrew mojej woli różne emocje. Użyta tu gra słów - przyrównanie miłości do hazardu wprowadza nam kilka słów związanych z hazardem, które mogą się przydać anglistom.

".... till the chips were down" - dopóki sztony były na stole czyli dopóki było za co grać. 

Chips (pol. sztony) - krążki używane zamiast pieniędzy w kasynach lub grach automatowych, żetony 


"love is a loosing game" - miłość to przegrane rozdanie

"a gambling man" - hazardzista

"a gambling" - hazard

"the final frame" - finałowa rozgrywka


Jeśli zaciekawił was temat i chcielibyście pogłębić swoje słownictwo związane z hazadrem, znalazłam link przekierowujący do strony z różnymi wyrażeniami: KLIK A jeśli chcecie dowiedzieć się, jak brzmieć jak prawdziwy Londyńczyk zapraszam na naukę odmiany "cockney", którą posługiwała się Amy: KLIK.  To już koniec na dziś. Zapraszam do śledzenia bloga i obserwowania fanpage na Facebooku.

Trzymajcie się chłodno!
 Morning Lark 

10:25

Wyniki konkursu "Moja podróż"

Wyniki konkursu "Moja podróż"


Z przyjemnością informuję, że konkurs "Moja podróż" został rozstrzygnięty. Wybaczcie za mały poślizg z ogłoszeniem wyników. Napłynęło do nas 11 zgłoszeń. Dziękujemy wszystkim tym, którzy wzięli udział w konkursie. Byliście naprawdę kreatywni, więc ocenianie waszych wypowiedzi było przyjemnością, ale też nie lada wyzwaniem. Niestety, zwycięzca mógł być tylko jeden. Bez dalszych przedłużeń - miło jest nam poinformować, że nagrodę główną w konkursie (mapę zdrpakę firmy Playprint ŚWIAT+FLAGI) otrzymuje SHIZUKO ALICE. Po długich naradach jury zdecydowało także, że Ian Kovsky otrzymuje wyróżnienie (książkowa niespodzianka). Poniżej możecie przeczytać zwycięskie komentarze. 



"Podróż to dla mnie możliwość obserwacji nieba z różnych miejsc świata i zdawanie sobie sprawy, że wszyscy spoglądamy na ten sam księżyc, grzejemy się w promieniach tego samego słońca i czytamy z gwiazd. Wszystko co przed nami i po nas - tym właśnie jest podróż."
 ~ SHIZUKO  ALICE


"Podróż to czas, gdy tęsknię za domem, a jednak powrót jest ostatnią rzeczą, o której marzę." 
~ IAN KOVSKY


Zwycięzców prosimy o wysłanie na adres email morninglarkblog@gmail.com swojego adresu zamieszkania w celu dostarczenia nagród. Raz jeszcze serdecznie dziękujemy za udział i zachęcamy do śledzenia naszego bloga. 







Gratulujemy i pozdrawiamy, 
ekipa bloga 



06:47

Język angielski nie istnieje!

Język angielski nie istnieje!
fot. Cambridge

Jak to możliwe że język, którym posługuje się ponad 520 milionów osób, który należy do oficjalnych języków ONZ, który jest najczęściej używanym językiem w kontaktach biznesowych, którego od tylu lat uczycie się w szkole po prostu nie istnieje? Czy to naprawdę możliwe? Odpowiedź brzmi: tak. Wszystkich ciekawskich zapraszam do przeczytania tego artykułu. 

Obecnie w języku angielskim możemy porozumieć się niemal na całym świecie. Językiem urzędowym jest nie tylko w Anglii, Kanadzie czy Stanach, ale także w państwach takich jak np. Sudan, Pakistan, Kenia, Dominikana, Australia czy chociażby Indie. W związku z tym każde z tych państw ma swoją "odmianę" angielskiego. Inna wymowa, czasem nawet także inne słownictwo mogą sprawić, że choć znamy angielski, tak naprawdę trudno nam będzie zrozumieć drugiego użytkownika tego samego języka. 


Jak zapewne wiesz, istnieje podział na język brytyjski oraz amerykański. Wiesz też na pewno, że Wielka Brytania to nie tylko Anglia, ale także Walia, Szkocja i Północna Irlandia. Łatwo więc możesz domyślić się, że w każdym z tych państw język angielski brzmi trochę inaczej. Lecz nie trzeba wyjechać poza Anglię by na własne oczy zobaczyć, jak bogaty i różnorodny jest świat języka angielskiego. Język angielski bowiem nawet w swojej ojczyźnie nie pozostaje jedynakiem. Ma wiele odmian i gwar. Może Ci się wydawać, że to normalne zjawisko, które dostrzec możemy także w Polsce, gdzie choć językiem urzędowym jest język polski, to istnieją różne jego odmiany jak np. gwara śląska czy podhalańska. Owszem, istnieją. Tyle że w Anglii różnice w wymowie dotyczą nie tylko konkretnych dystryktów czy hrabstw, ale nawet miast! Inaczej mówi się w Liverpoolu, inaczej w Manchesterze a jeszcze inaczej w Londynie. Mało tego - nawet będąc w Londynie możesz zauważyć różne dialekty (między innymi używany przez Adele czy Amy Winehouse - cookney). 

fot. Oxford


Okazuje się także, że język angielski to twór rządzący się swoimi prawami, który nie ma nawet jednoznacznie ustalonych zasad. W Polsce kwestiami związanymi ze zmianami językowymi zajmuje się Rada Języka Polskiego. Członkowie tej organizacji odpowiedzialni są za to, by istniał jedyny poprawy wariant języka. W Wielkiej Brytanii natomiast nie ma żadnej instytucji, która jednoznacznie wskaże, jak powinno się mówić, a jak nie. Zasady ustalane są przez najpotężniejsze uniwersytety - Oxford i Cambridge. Z tym że nawet one w wielu kwestiach się ze sobą nie zgadzają. Możemy to dostrzec, gdy w słownikach obu uniwersytetów odszukamy transkrypcję fonetyczną tego samego wyrazu - w wielu przypadkach zapis będzie się różnił. Poza tym obie uczelnie z sobą rywalizują. Łatwo więc oczyma wyobraźni dostrzec, jak osoba studiująca na Cambridge gardzi uczniem Oxfordu, który uważa, że dane słowo wymawiane jest przez krótkie, a nie długie "a". Jak on w ogóle śmie! 

Jakby tego było mało, języka, którego uczysz się w szkole - tej pięknej, poprawnej angielszczyzny - nie znajdziesz ani w Australii, ani w Indiach, ani nawet w Wielkiej Brytanii. Żaden zdrowy na rozumie Brytyjczyk nie będzie mówił tak sztywno i zasadniczo. Odmiana, której się uczymy to "posh" - dialekt, którym posługują się osoby bardzo wykształcone oraz członkowie Rodziny Królewskiej. Dialektem tym posługują się również spikerzy w radio oraz prezenterzy w telewizji. Poza tym każdy rodowity Brytol od razu wyczuje, że coś z nami nie gra. Jeśli nasz starannie wyuczony, szkolny angielski będzie na naprawdę wysokim poziomie może pomyśli, że zadzieramy nosa używając górnolotnie brzmiących słów i wyrażeń. A jeśli nie będziemy tak dobrzy, jakbyśmy tego chcieli, domyśli się, że jesteśmy zza granicy. 

Czy to znaczy, że powinieneś wyrzucić podręczniki do nauki przestać się uczyć? Bynajmniej!  Nie bez powodu na całym świecie uczymy się tego wymuszonego, sztucznego tworu. Dzieje się tak, bo jest on zrozumiały zarówno dla Brytyjczyka jak i dla obcokrajowców (dialekty nie są w ogóle). A poza tym jak wyobrażasz sobie naukę dialektu? Jeśli tak, to którego? Doszłoby do tego, że nikt na świecie w języku angielskim nie potrafiłby się porozumieć. Musimy zdać sobie sprawę, że nawet jeśli będziemy znać język angielski w stopniu bardzo dobrym, nigdy nie staniemy się Brytyjczykami. Jedyną rzecz, którą proponuję, byś robił, jest oglądanie seriali i filmów, słuchanie radia oraz wywiadów z rodowitymi Brytyjczykami. Dzięki temu osłuchasz się z angielskim takim, jaki jest naprawdę i nie zrobisz rozdziawionej miny, gdy zamiast "łoter" uslyszysz "łoa" (water). 



11:18

Morderstwo w Orient Express

Morderstwo w Orient Express
fot. Nicola Dove/ Fox Searchlight Pictures

Gdy będziecie dziś po zachodzie słońca wychodzić na dwór sprawdźcie koniecznie, którego gwiazdozbioru brakuje. Bowiem Kenneth Branagh do swojego najnowszego filmu postanowił zaangażować całą  konstelację gwiazd! Znajdziemy tu zarówno Johnego Deepa, Judi Dench, Penelope Cruz, Michelle Pfeiffer jak i samą Agatę Christe. Choć z pewnością to wystarczy, by przyciągnąć widzów do kin, czy wbije ich w fotel? Zapraszam na recenzję "Morderstwa w Orient Express".

To był jeden z tych filmów, na który naprawdę długo czekałam i nie mogłam wręcz doczekać się momentu, gdy będę mogła go zobaczyć. Kocham filmy kostiumowe. Uwielbiam patrzeć się na ekran i przenosić lata wstecz, czuć zapach minionych epok. Poza tym - skoro już jesteśmy w tematyce kultury Wielkiej Brytanii - Agata Christe jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych brytyjskich pisarek. Przeczytanie choćby jednej z jej książek czy obejrzenie ich ekranizacji powinno znaleźć się na liście "things to do before I die" każdego człowieka zakręconego na punkcie kultury brytyjskiej. 

Nie dając się więc zwieść słabym opiniom zamieszczonym na "Rotten Tomatoes" oraz zapewnieniom kumpla, że nie warto wybrać się do kina, postanowiłam mimo wszystko obejrzeć film. Musicie zresztą przyznać, że zwiastun zapowiadał się ciekawie, a kolejne jego ujęcia - niezwykle obiecująco. No więc rozsiadam się wygodnie w fotelu, zaczyna się film. Czekam 5 minut. Kolejne 5. I jeszcze 20. Walczę z opadającymi powiekami, odruchem ziewania i już brakuje mi trzeciej ręki, na której mogłabym się oprzeć lecz wreszcie zaczyna się akcja. Dobrze, że się zaczyna, bo za chwile ktoś musiałby mnie szturchnąć żebym przestała chrapać. Ale zaczyna się i za chwilę jakby znowu ginie. Trochę jak pociąg - jeśli już mówimy o pociągach - wjeżdżający i wyjeżdżający z tunelu. Morderstwo nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Nie potrafię wczuć się w historię, żaden z moich detektorów próbujących wykryć przestępce nie chce się włączyć. Czuję niedosyt, zmarnowany potencjał. Zupełnie jakby jakiś amator próbował stworzyć reprodukcję Mona Lisy, tyle że zamiast tajemniczej i dostojnej kobiety, namalował szczerzącą się do od ucha do ucha dziewczynę, jakby nie czując jej charakteru. 


fot. Nicola Dove/ Fox Searchlight Pictures


  Nie mogę powiedzieć, że film nie ma klimatu. Tylko może ja po prostu tego nie kupuję. Nie znam bliżej twórczości Kenneth'a Branagh'a, więc nie potrafię wczuć się w jego stylistykę, nie do końca rozumiem, jaki efekt chciał osiągnąć. Początkowo oglądając film myślałam, że jest to ukłon w stronę "Grand Budapest Hotel", szybko jednak zmieniłam zdanie. Ale coś w tym jest, bo detektyw zamiast budzić szacunek, bardziej mnie bawi. (Tutaj mała ciekawostka - Branagh jest nie tylko reżyserem, ale i odtwórcą roli detektywa). Ma w sobie coś niemal karykaturalnego, w pewnym momencie staje się bardziej bezradny niż przebiegły. Chyba nie o taką postać chodziło Agacie Christe. Sama koncepcja kryminalna jest świetna, a zakończenie - niespodziewane, stawiające dylemat moralny. Lecz nie jest to zasługa filmowców, a pisarki. Zabrakło mi tu wiszącej w powietrzu tajemnicy, ciekawości ze strony widza, który w umyśle zadaje sobie pytanie "Co dalej?". Zamiast tego otrzymałam ciągnący się dwugodzinny film, który przez powolne rozwijanie się akcji stracił na tak ważnych drobiazgach wątku kryminalnego czy na portretach psychologicznych. Brakło cynizmu, inteligencji, ironii, umiejętnej oceny świata. Na nic zdało się dobre aktorstwo znanych gwiazd (moje oko szczególnie przykuła Michelle Pfeiffer), świetny budżet, dobry fundament, na którym zbudowany został film, czy nawet wspaniałe, cieszące oko dekoracje, kostiumy, scenografia czy sceneria. To z resztą jedna z rzeczy, za które film należy pochwalić - momentami mamy wrażenie, jakbyśmy naprawdę na jedną, maleńką chwilę stali się bogatymi podróżnikami mieszkającymi w ozłoconej klatce pociągu Orient Express. Drugą rzeczą wartą uwagi jest typowy dla pisarzy zabieg, który zastosował reżyser - wprowadzanie na początku filmu pozornie mało znaczących scen, które, gdy wróci się do nich po raz drugi, nabierają dla nas nowego znaczenia i tłumaczą działanie bohaterów, podsuwając tym samym rozwiązanie zagadki. 


A wy? Oglądaliście już "Morderstwo w Orient Express"? Jeśli tak, chętnie przeczytam wasze opinie na temat tego filmu.

08:36

Byłam tu, byłam tam - recenzja mapki zdrapki

Byłam tu, byłam tam - recenzja mapki zdrapki


Pamiątek z podróży może być wiele. Muszle wyrzucone przez fale morskie na brzeg, kamienie wyrwane z objęć górskich strumieni, pocztówki cieszące oko miłym wspomnieniem czy regionalne figurki. Choć to wszystko w jakiś sposób przypomina nam o miejscach, w których byliśmy, najczęściej ostatecznie leży zakurzone na dnie szafy, a nierzadko bywa zgubione bądź potłuczone podczas wiosennych porządków. Oczywiście świetnym pomysłem na utrwalenie wspomnień jest robienie zdjęć, ale ja znalazłam sposób, dzięki któremu wasze wspomnienia nie tylko zostaną uwiecznione, ale także zmobilizują was do pogoni za nowymi. Mowa oczywiście o ściennej mapie "scratch map". 

O 'mapce zdrapce' myślałam już od baardzo dawna. Dla podróżnika lepszym prezentem może być chyba tylko bilet lotniczy do nieodkrytego jeszcze miejsca. Tym bardziej więc ucieszyłam się, gdy któregoś dnia kurier dostarczył do mych rąk "mapkę zdrapkę" firmy Playprint. Od firmy otrzymałam mapę edycji premium widoczną na zdjęciu powyżej.Co z nią zrobiłam? Jakie kraje zdrapałam? Z jakiego materiału jest wykonana? Czy radość z zakupu mija w chwili zdrapania wszystkich państw, w których już byliśmy? Zapraszam do przeczytania tej krótkiej recenzji. 

Kiedy zdrapujesz na swojej mapie pierwsze miejsca, czujesz się dumny ze swoich małych osiągnięć. W moim wypadku zdrapałam: Polskę, Czechy, Niemcy, Francję, Hiszpanię oraz Włochy. Majorki zdrapać nie mogłam gdyż nie jest państwem, a wyspą (choć zawsze w mojej głowie oddzielam te dwie wyprawy - tę na Majorkę i tę do serca Hiszpanii). Lecz kiedy już je zdrapiesz i rzucisz wzrokiem dookoła zdrapanych plam, uświadamiasz sobie, że niezależnie od tego, czy zwiedziłeś 2 czy 20 krajów, wciąż masz tak dużo do zwiedzenia. Stawiasz więc sobie cel - w przyszłości uda mi się zdrapać więcej. I więcej. Pokusą do podróży pozostaje niezmącona, złota powłoka, która niczym prawdziwe złoto ziemi czeka na odkrycie. 


Myślę, że to właśnie jest główny cel zakupu tej mapy - by mobilizować się do podróży oraz by wspominać, w jakich miejscach już się było. Ale taka mapa to również piękna dekoracja będąca uzupełnieniem chyba każdego pokoju, gdyż firma Playprint oferuje różne edycje różniące się od siebie kolorami. Nie musisz być podróżnikiem, by ozdobić nią swój pokój. Również moja mapa - z aksamitnie czarnym oceanem i złocistymi kontynentami wyglądała przepięknie przez zdrapaniem. Mapka zapakowana jest w elegancką, profesjonalnie wyglądającą teleskopową tubę z metalowymi wieczkami.

Jestem naprawdę oczarowana profesjonalizmem oraz starannością, a także designem, z jakimi ktoś wykonał tę mapę. Już niedługo zawiśnie ona nad moim łóżkiem i dumnie będzie prezentować wszystkie miejsca, do których zawędrowałam. Przy okazji zdrapywania nasunęła mi się również jedna refleksja. Na ile rzeczywiście znamy państwa, które już zdrapaliśmy? Na ile zwiedziliśmy już Polskę, będącą naszym ojczystym krajem? Warto się nad tym chwilę zastanowić. 

Jeszcze raz dziękuję firmie Playprint za możliwość testowania mapki. Była to czysta przyjemność i szczerze polecam ją każdemu podróżnikowi a także tym, którzy chcą odmienić swój pokój. Jest tylko jedna sugestia, którą chciałabym się podzielić z firmą Playprint - może uda się wam kiedyś zrobić tapetę ścienną w formie mapy zdrapki? A moich czytelników zapraszam na konkurs (klik), w którym mogą wygrać własną mapę PREMIUM. 

To już koniec na dziś. 
Pozdrawiam, 
Morning Lark 


02:02

Konkurs "Moja podróż"

Konkurs "Moja podróż"


Kochani podróżnicy! Dziś, 13 marca 2018 roku o godzinie 10:00 nadszedł długo wyczekiwany dzień nie tylko przeze mnie, ale zapewne i przez moich czytelników. Z okazji wybicia 100 polubień funpage'a bloga "Morning Lark" na Facebooku ogłaszam konkurs!

Nagrodą główną w konkursie jest mapka zdrapka PREMIUM (świat+flagi) firmy  Playprint.
Lecz jeśli mile mnie zaskoczycie i do udziału w konkursie zgłosi się dużo osób, lub będziecie tak kreatywni, że ciężko będzie mi wybrać tylko jedną osobę, przewiduję wyróżnienia - nagrody książkowe. Co trzeba zrobić by powalczyć o mapkę zdrapkę? 

Przede wszystkim trzeba koniecznie przeczytać regulamin dostępny TU. Wiem, że nikt nie lubi czytać długich i nudnych regulaminów, więc ten jest naprawdę krótki. A musicie go przeczytać, gdyż zamieszczenie konkursowego komentarza pod tym postem jednoznaczne jest z akceptacją regulaminu! Dowiecie się też z niego, za co można zostać zdyskwalifikowanym, a to ważna sprawa. 
Żeby potem nie było nieporozumień, że ktoś nie dostał nagrody, a mu się nie należała. 

No dobrze. To teraz czas na zadanie konkursowe. W komentarzu pod tym postem dokończ zdanie

  "Podróż to dla mnie....". 

Jury w składzie ja i moja siostra wyłoni zwycięzcę - osobę, która udzieli najciekawszej odpowiedzi na zadane pytanie. Za wszystkich z was trzymam mocno kciuki i życzę wam powodzenia. 

Konkurs trwa od 13 marca 2018 roku godziny 10:00 do 17 marca 2018 roku godziny 22:00. Odpowiedzi udzielone po tym czasie nie będą brane pod uwagę. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu 18 marca 2018 roku o godzinie 22.00


02:18

Moja kuzynka Rachela - recenzja

Moja kuzynka Rachela - recenzja
fot. Nicola Dove/ Fox Searchlight Pictures

"Did she or didn't she?" . Tymi słowami rozpoczyna się nowy dramat kostiumowy Rogera Michella, oparty na powieści Daphne du Maurier pod tytułem "Moja kuzynka Rachela". Historia interesująca, portrety psychologiczne jakby namalowane ręką samego Freuda. To naprawdę może się udać. Przed Rachelą Weisz i Samem Claflinem stoi więc nie lada zadanie. Czy sprawią, że dramat rozegra się naprawdę? Kto wygra to emocjonalne, pełne napięcia i pasji tango? O tym słów kilka w dzisiejszym poście. 

Choć na moim blogu jak do tej pory nie pojawiła się recenzja żadnego filmu kostiumowego, musicie wiedzieć, że będą pojawiać się one dość często, gdyż jest to jeden z moich ulubionych gatunków. Ponieważ mój blog jest blogiem kulturowo-językowym, chciałabym recenzować na nim filmy, które coś wnoszą w naszą podróż po kulturze,historii oraz tradycji Wielkiej Brytanii. Film "Moja kuzynka Rachela" wybrałam z kilku powodów. Po pierwsze - brytyjski angielski. Po drugie - piękne widoki Kornwalii. Po trzecie - kultura Anglii XIX wieku. Angliści już na tym etapie mogą zadecydować, że obejrzą film. A kinomaniaków i tych bardziej wymagających zapraszam do przeczytania całej recenzji. 


fot. Nicola Dove/ Fox Searchlight Pictures

"Rachel, moja udręka"

Na początku filmu Ona pozostaje wielką nieobecną. On - Philip Ashley - to młody, osierocony jako dziecko mężczyzna, który został przygarnięty i wychowany przez swojego kuzyna, Ambrożego. Przybrany ojciec Philipa postanowił wyjechać do Włoch i ożenić się z tajemniczą Rachelą. Gdy do Philipa docierają kolejne listy od wuja, zaczyna się niepokoić. Niepokój ten osiąga swój szczyt gdy w jednym z nich czyta "Zniszczyła mnie w końcu. Rachel, moja udręka. Na litość boską, przyjeżdżaj w końcu". Wtedy natychmiast postanawia odwiedzić swojego opiekuna. Gdy przybywa do Włoch okazuje się, że jego krewny nie żyje, a Rachela znajduje się poza granicami kraju. Nie chcąc wierzyć zapewnieniom lekarzy, że przyczyną zgonu był guz, postanawia zabić Rachelę - w jego mniemaniu morderczynię. Wszystko poszłoby jak z płatka gdyby nie przeoczył drobnego faktu - a mianowicie tego, że sam nie jest odporny na jej urok. Ot, rodzinna przypadłość. Tak oto Philip zakochuje się w Racheli i jakby zapomina o tym, kim tak naprawde jest. A może - jest tylko w jego umyśle?

Tak oto rozpoczyna się niezwykle toksyczna relacja dwojga osób - enigmatycznej, przebiegłej, doświadczonej w kontaktach z mężczyznami Rachel, której zamiary pozostają nieznane oraz wychowującego się bez matki, porywczego lecz naiwnego jeszcze Philipa. Relacja wydawać by się mogła wręcz banalna. Zapewne podobnych historii w Hollywood zostało napisanych wiele.  Pojawiło się jednak coś takiego, co nie pozwoliło mi ziewnąć, mrugnąć czy spojrzeć na telefon by zobaczyć, która jest godzina (na oglądaniu zarwałam noc).


fot. Nicola Dove/ Fox Searchlight Pictures


Zanim zabrałam się do pisania tego wpisu postanowiłam wybadać teren i sprawdzić, jakie opinie zebrał film. Okazało się, że dosyć nieprzychylne bądź słabe. Myślałam chwilę nad tym, dlaczego i myślę, że z tego samego powodu, z którego historia ta mnie wciągnęła. Pozorna monotonia, pozorny brak akcji, brak nieoczekiwanych zdarzeń. Bo w gruncie rzeczy jest to historia dość prosta i wydaje mi się, że nie ma być brawurowym popisem. Ma być - w tej roli sprawdza się najlepiej - cichym szeptem, przypuszczeniem, niejednoznacznym spojrzeniem, zasłoniętą szeleszczącym rękawem gęsią skórką. Ma być nie tyle historią kryminalną, ile skomplikowaną relacją dwojga ludzi z elementem kryminalnym w tle. Roger Michell stawia na liryczność, symbolikę chwili. Mamy tu i gwałtownie otwierający okna w pokoju, niespodziewanie zrywający firanki wiatr, i rozerwane na szyi Rachel perły spadające po schodach i psy, które w przeciwieństwie do pozostałych domowników darzą Rachelę sympatią, buchającą z czajnika parę, nagłe pojawianie się Racheli w niektórych scenach, przypadkowy upadek z konia, prawie kończący się dla Philipa utratą życia, parzone przez kobietę zioła, które wprawiają Philipa w dziwny stan. Tylko wnikliwe oko miłośnika literatury jest w stanie wnikąć głębiej w te drobne, czasem niezauważalne niuanse, które budują napięcie i zwiastują ciążącą nad domem Philipa burzę. A gdy już w nią wnikiemy, nie będziemy mogli się oderwać.

Możecie mówić, że lovelas Sam Claflin (znany z "Love, Rosie" czy "Zanim się pojawiłeś") nie pasuje do roli, bo nie gra dojrzałego mężczyzny. Ale osoby, które tak twierdzą chyba pomijają fakt, że Philip Ashley wcale nie miał taki być. To młody człowiek, przeżywający swoje pierwsze poważne wzloty miłosne, inicjację seksualną. To jeszcze szczeniak, który wychowywał się bez matki, nie do końca też wie, jak obchodzić się z płcią przeciwną i nieświadomie pozwala się omotać pięknej kobiecie. Czy jego miłosne uniesienie nie ma w sobie cienia tęsknoty za matczynymi rękami? To niedojrzały chłopak, który oświadcza się po kilku miesiącach znajości. Sam Claflin świetnie spisał się w tej roli. Potrafił nie tylko oddać swoim sposobem bycia kulturę XIX wieku, ale także zagrać burzę emocji rządzących umysłem i sercem młodego mężczyzny.

Nie sposób nie wspomnieć również o Rachel Weisz, która chyba nie lubi prostych ról. Jej uroda z pewnością była czynnikiem decydującym o osadzeniu jej w roli Rachel. Ale to gra aktorska na wysokim poziomie sprawiła, że tchnęła w nozdrza bohaterki filmu dech życia, a nie tylko tanią jego imitację. Rachel gra spojrzeniem, gestem, mimiką twarzy. Najłatwiej wykrzyczeć jest emocje, najtrudniej - pozwolić, by odbiorca sam wyczytał je z naszej twarzy. Rachel grana przez Weisz jest enigmatyczna, kobieca, dobra, zła, kochająca, pełna nienawiści, niezwykle trudna do odczytania wprost. A przy tym jakby milcząca, żyjąca w swoim świecie, oszczędna.

Recenzja nie mogłaby się skończyć w tym miejscu, gdyż muszę wspomnieć jeszcze o idealnie zbudowanym świecie Kornwalii XIX wieku. Ogromny budżet tego filmu został w pełni wykorzystany i widać to w dekoracjach czy kostiumach, w pełni oddających tamtą epokę. Nie sposób pominąć przepięknych krajobrazów, pocztówek z Kornwalii które pod powiekami odbiorcy zostaną na bardzo długo. Wspaniała, dopasowana do sytuacji, budująca klimat muzyka to kolejny atut tego filmu. A ostatnim są dobrze zmontowane sceny oraz gra światła, dodające historii tajemniczości. Ten film to naprawdę wizualna uczta.

Czy Rachel zabiła przybranego ojca Philipa czy też nie? Tego nie mogę wam zdradzić. Ale za to bez bicia przyznaję się, że książki nie czytałam (dodałam ją do listy tych,które koniecznie chcę przeczytać). Ale może dla recenzji filmu to lepiej, by oglądające ją oko było nieskalane swoją wyobraźnią, a umysł - prozą, co pozwoliło mi spojrzeć na film z innej perspektywy. Kiedy przeczytam książkę napiszę osobny post. A tymczasem kończymy już recenzję...

"Did she or didn't she?" - z tymi słowami krążącymi nam po głowie zostaniemy już na zawsze.


A wy? Widzieliście już "Moja kuzynka Rachel"? Znudzeni czy zafascynowani?

Copyright © 2016 Morning Lark , Blogger